Miłość potrzebna od zaraz

Kamila już nie umie się doczekać swojej Pierwszej Komunii. Za kilka dni to jej wszyscy poświęcą najwięcej uwagi. Odwiedzi ją babcia, może nawet mama – jeśli uda jej się wytrzeźwieć. Kiedy poprosiłam, żeby pokazała mi swoją sukienkę, powiedziała, że któraś ciocia wzięła ją do domu, żeby przeszyć. Nic dziwnego – Kamila jest drobniutka, więc sukienka, która na inne dziewczynki z katowickiego domu dziecka była w sam raz, na nią jest o wiele za duża. Tu nawet skarbczyk – pamiątka pierwszej komunii – upamiętnia komunię wielu dzieci.

Krępujące liczby
liczba dzieci w domach dzieckaWedług danych obecnie w polskich domach dziecka przebywa niemal 20 tysięcy dzieci. Ta liczba nie uwzględnia rodzinnych domów dziecka, gdzie dzieci jest jeszcze więcej. Jednak inne liczby są ciekawsze. Weźmy dla przykładu rok 2007, czyli ten, w którym urodziła się Kamila. W tym roku 2662 dzieci porzuconych przez rodziców dzięki adopcji znalazło nowy dom. Wiadomo, że w Polsce proces adopcyjny jest wymagający, ogromnie sformalizowany i niejednokrotnie utrudniony przez obowiązujące prawo. Jednak pary marzące o dziecku są gotowe wiele poświęcić, by móc usłyszeć pełne miłości „mamo” i „tato”.

Więc kolejna liczba. W 2007 roku dzięki sztucznemu zapłodnieniu zaszły w ciążę i nie poroniły 6302 kobiety. Jest to zaledwie dziesiąta część wszystkich podejmowanych prób in vitro. Oznacza to, co oczywiste, że wiele par, pomimo niepowodzeń, wytrwale powracało do klinik, by z drżącym sercem i modlitwą na ustach próbować znowu i znowu, do skutku.

Obecnie kliniki nie udostępniają takich statystyk, może po to, by nie zrażać klientów? Wiemy, że choć metoda ma ciągle niewielką skuteczność, do tej pory na rządowy program in vitro wydano już ok. 260 mln. złotych.

Dzieci niczyje
Czy jest etyczne, że państwo polskie, w którym żyje tak wiele dzieci niechcianych przez własnych rodziców, inwestuje ciężkie pieniądze w tworzenie nowych dzieci? Oczywiście nie wolno krytykować tego, że z in vitro urodziły się zdrowe i kochane dzieci. Wolno jednak otwarcie powiedzieć, że utrudnianie dzieciom dostania się do nowej rodziny nie jest w porządku.

Na przegranej pozycji są te dzieci, których rodzice nie zrzekli się praw rodzicielskich. Choć nie interesują się dziećmi, niejednokrotnie ukrywają się i nie ma z nimi kontaktu, ich prawa rodzicielskie zostają zwykle jedynie ograniczone. Tym samym, w imię jakiejś chorej nadziei na to, że rodzice doznają cudownego nawrócenia, dziecko zostaje wrzucone do przechowalni, zwanej domem dziecka.

Dom dziecka nigdy nie będzie normalnym domem. Nie ma w nim nikogo, kto do dziecka mógłby szczerze powiedzieć „ty jesteś mój”, „ty jesteś moja”. Nie ma miłości. Są polecenia i obowiązki, które mają zostać wypełnione. W przeciwnym razie jest kara. I krzyk, dużo krzyku. No bo przecież czemu nie krzyczeć na dziecko, którego się nie kocha? Czemu nie krzyczeć na współwychowanka, skoro samemu zostało się okrzyczanym?

Większość polskich domów dziecka zapętliła się właśnie w takiej sytuacji. Brakuje osób, które chciałyby zrozumieć, dlaczego dziecko pyskuje, ma złe oceny, przeklina. Co czuje, czego pragnie, jakie są jego traumy. Brakuje zmotywowanych wychowawców, brakuje szkoleń. Brakuje wiary w to, że coś może się zmienić. Brakuje też pieniędzy na taką dobrą zmianę.

Tacy jesteśmy. Nie nasza wina
Skoro wieloletnie, pełne stresu i nieudanych prób starania ciągle nie zrażają wielu par, starających się o dziecko metodą in vitro, jak można uwierzyć, że mógłby zniechęcić ich proces adopcyjny? Okazuje się, że przyczyny zniechęcenia są inne i jest ich wiele.

problem dzieci w domach dziecka

Dzieci, które mogą zostać adoptowane, najczęściej pochodzą z trudnych rodzin. To budzi lęk przed przyjęciem ich pod swój dach. I o ile noworodki, nieświadome swojego pochodzenia, niekoniecznie będą chciały naśladować biologicznych rodziców, o tyle kilkuletnie dzieci będą pamiętać to, co było wcześniej – czy w domu, czy w domu dziecka. Mogą mieć traumy i zakorzenione konkretne zachowania, na przykład uważać wulgaryzmy za słowa powszednie.

Właśnie te aspekty przede wszystkim są poruszane na szkoleniach dla osób, które chcą podjąć się adopcji. Mówi się o trudnościach, obiecuje przyszłe kłopoty. Zniechęca się. Mało słów poświęca się samym dzieciom, temu, że one przede wszystkim potrzebują miłości, ciepła i zrozumienia. I że to adopcja, w połączeniu z cierpliwością, da im upragnioną możliwość życia w normalnej rodzinie.

Najczęściej jednak pojawiają się inne argumenty, przede wszystkim chęć urodzenia dziecka samemu. Niektórzy mówią, że tylko dzięki in vitro będą mogli poczuć silną więź z maleństwem. Chcą też być biologicznymi rodzicami, choćby tylko w połowie. Czy te argumenty nie brzmią egoistycznie? Przecież skupiają się na „ja chcę” rodziców, a nie na dobru dziecka, choć tak naprawdę korzyść z adopcji jest obustronna. Niestety, o brak poczucia więzi martwią się najczęściej osoby, które nigdy w domu dziecka nie były. A wystarczy wykazać odrobinę chęci i odwiedzić najbliższą placówkę. Tam z pewnością znajdzie się jakaś Kamila, może Ania lub Tomek. I po kilku wizytach zaczniemy się łapać na tym, że los tego konkretnego dziecka wypełni wszystkie nasze myśli.

Co możemy zrobić?
Zwróćmy uwagę na smutną prawdę. Podążając za populistycznymi trendami, nasz rząd uznał, że łatwiej kupić nową zabawkę, niż naprawiać zepsutą. I skoro jest zepsuta, lepiej wyrzucić ją na śmietnik i zapomnieć.

Na tej zasadzie woli wydawać miliony na zabiegi in vitro, niż sprawić, że adopcja stanie się atrakcyjna. A cóż z tego, że sytuacja demograficzna kraju się poprawi, skoro w dorosłe życie wkroczą osoby, które nie dostały szansy normalnego życia i wrócą do tego środowiska, które znają, pobierając zasiłek lub odpoczywając w więzieniu.

dzieci pozbawione rodzinnych domówCzy nie byłoby sprawiedliwiej poświęcić pieniądze na to, by dobrze wychować dzieci w domach dziecka? By zmotywować i wyszkolić wychowawców? By opłacić terapie dla dzieci, które tego potrzebują? Na rozpoznanie sytuacji w biologicznych rodzinach tych dzieci i odebranie praw rodzicielskich tym rodzicom, którzy nie wykazują chęci poprawy?

Dzięki temu, adoptowanie mogłoby stać się pragnieniem par, które nie mogą mieć dzieci. Dzięki temu Kamila dalej mogłaby być radosnym, pełnym energii dzieckiem, przed którym świat stoi otworem. Do tego jednak trzeba by było przekonać wiele osób, mających różne interesy.

Póki co, już drugi rok jest w placówce. Jej niewiele starsze koleżanki, niedawno takie, jak ona, teraz mają dzieci, palą papierosy. To jedyne wzorce, jakie zna Kamila, więc pewnie niedługo pójdzie w ich ślady. Czy możemy zrobić coś, żeby uratować dzieci takie, jak ona? Przede wszystkim powinno to być wyzwanie dla naszego rządu a nie problem, który zamiata się pod dywan.

Artykuł z kategorii Kraj
Tagi artykułu: , , ,
You can skip to the end and leave a response. Pinging is currently not allowed.

dziennikarstwo obywatelskie, ciekawe artykuły, publikacje, artykuły do przedruku, presell page